|
Blog > Komentarze do wpisu
Quo vadis, Europo?
Mam dość. Dość brudnych pysków w śmierdzących turbanach na głowie, które pchają mi się do domu. Pół biedy, że się pchają - gościnny jestem. Ale... Gdy kogoś odwiedzam, pukam i grzecznie czekam, aż gospodarz otworzy przede mną drzwi, wskaże miejsce, w którym mogę spocząć, czasem uprzednio (o zgrozo!) poprosi mnie, bym zdjął buty, bo nie daj Boże, pobrudzę mu nowiutki dywanik. Jakieś pretensje? Skądże znowu! Jego dom, jego prawa. Cieszę się, że mnie zaprosił, co z tego, że nie mam ochoty zdejmować butów? Co z tego, że mam dziurę pod małym palcem? To mój problem, że pokażę mu, jak niedostatecznie dbam o swą, hmm, powierzchowność. Lub uraczę go zapachem pięciu kilometrów wędrówki z aparatem fotograficznym w ręku. To już jego sprawa. My home is my castle.
Jestem więc gościem, tak? Gospodarz pyta, czego się napiję, a ponieważ przyjechałem samochodem i zamierzam nim odjechać, z przykrością grzecznie odmawiam szklaneczki ulubionego Grant's, obserwując cień zawodu na jego twarzy. Rozumie, nie jest troglodytą. To dobry gospodarz, gdy proszę o kawę, bez pytania mieli mi moją ulubioną "A." - niedrogą, a przepyszną. Powstrzymuje się od komentarza, gdy brukam ją dwiema łyżeczkami cukru. Rozpoczynamy rozmowę, momentami temperatura rośnie, lecz obaj pamiętamy o kulturze i argumentacji, nie obrzucamy się błotem, jesteśmy przecież cywilizowanymi ludźmi, co z tego, że różni nas pochodzenie, światopogląd czy ojczysty język? To sprawia jedynie, że wymiana poglądów staje się ciekawsza. Godziny mijają.
Po dość długim czasie, spędzonym na miłej dyskusji, mój gospodarz dyskretnie spogląda na zegarek. Zauważam to i stwierdzam, że czas do domu - w końcu jutro rano trzeba wstać do pracy. Żegnamy się serdecznie, wstępnie umawiając się na następne spotkanie. Tym razem u mnie, zapraszam.
Minęło kilka dni, czas na rewizytę. Zapasy poczynione, ostatnie porządki, gość ma przybyć o osiemnastej. Dzwonek do drzwi rozlega się o siedemnastej trzydzieści, rękami pokrytymi pianą od płynu do mycia naczyń (nie zdążyłem!) otwieram drzwi, za którymi widzę mojego przyjaciela, jakiegoś mężczyznę, kobietę i chłopca, na oko - pięcioletniego. Oraz psa, owczarka niemieckiego, takiego z długą sierścią. Wchodzą wszyscy, z trudem mieszcząc się w niewielkim, połączonym z kuchnią salonie, pies zajmuje mój fotel pod oknem - ten, w którym czytam, gdy czas pozwala. Przepraszając, wracam do zlewu, aby dokończyć zmywanie. W pośpiechu tłukę filiżankę, jedną z tych "z historią", wiecie co mam na myśli. Nie szkodzi, to przecież na szczęście. Kobieta uśmiecha się, mam wrażenie że nieco pogardliwie.
Gdy zbliżam się do mojego fotela, zwinięty na nim pies odsłania kły i cicho powarkuje. Chłopiec, drapiąc go za uchem mówi coś do mnie, w języku, którego niestety nie rozumiem, uśmiecham się więc pojednawczo i przysuwam sobie pufę. Gość w dom, Bóg w dom. Zanim usiądę, pytam o wybór napojów - okazuje się, że przyprowadzeni przez mojego przyjaciela goście nie mówią po polsku, angielsku, francusku ani rosyjsku, wobec czego pełni on rolę tłumacza. Przygotowuję kawę dla mężczyzn, pani zadowala się sokiem z czerwonych pomarańczy. Mężczyzna, którego imienia już nie pamiętam, nazwijmy go więć Majidem, z dezaprobatą patrzy na przygotowany napój - okazało się, że mój przyjaciel źle go zrozumiał, porzucam więc moje miejsce na pufie i udaję się w celu sparzenia nowej kawy, tym razem czarnej. Chłopiec dostaje kakao, którego część ląduje błyskawicznie na psie i w znaczącym stopniu na moim fotelu. Grube futro psa uchroniło go przed ciepłym płynem, czego niestety nie można powiedzieć o chłopcu - wyje, tak jakby rzeczywiście mógł się poparzyć. Uwierzcie, wiem jak zrobić dziecku coś do picia.
Uporawszy się z dzieckiem, plamami, pragnąc zatrzeć negatywne wrażenie, włączam cicho muzykę w tle i próbuję włączyć się do rozmowy, dotyczącej - a jakże - polityki. Mam utrudnione zadanie, ponieważ mój przyjaciel musi tłumaczyć - ale wywiązuje się ze swojej roli całkiem nieźle, tak przynajmniej sądzę. Rozumiem również, że jestem w owej dyskusji częściowo pomijany. Pies rozpoczął zwiedzanie mieszkania. Dziecko udało się wraz z nim, uprzednio położywszy (dokładnie tak, bokiem!) kubek po kakao na stercie książek w pobliżu mojego, obecnie, wilgotnego fotela. Wyraźnie znudzona kobieta zainteresowała się natomiast moją lodówką - zza otwartych drzwiczek rzuciła jakiś komentarz, Majid roześmiał się głośno. Mój przyjaciel nie przetłumaczył jej słów. Cóż, widocznie to nic istotnego. Wracając, zajrzała do swojej torebki, wyjęła odtwarzacz mp3 i podłączyła do mojej wieży - z głośników poleciała muzyka dance, podkręciła głośność i wróciła na swoje miejsce. Spostrzegłem, że z lodówki wyjęła spory kawałek błękitnego sera. Poprosiłem przyjaciela, żeby powiedział mi, jak w ich języku brzmi "smacznego". Okazało się, że chyba mam słaby akcent, bo zachichotała, a jej mąż spojrzał na mnie dość dziwnie. Uśmiechnąłem się, nieco zakłopotany.
Rozległ się dzwonek do drzwi - zdziwiony, bo nie spodziewałem się dziś nikogo więcej, poszedłem otworzyć. W wejściu stał wyraźnie zdenerwowany mężczyzna, około czterdziestki, brodaty, o ciemnej karnacji - powiedział coś, na co Majid odpowiedział, wstając. Gdy podszedł, razem z moim przyjacielem, cała trójka zaczęła na siebie krzyczeć - stałem zaszokowany, a moje prośby o zachowanie spokoju, lub chociaż zamknięcie drzwi były całkowicie ignorowane. Podeszła do nas kobieta i przeżuwając ser, przyłączyła się do agresywnej debaty, plując serem, a jej tyradę przerwał Majid, który najwyraźniej stracił cierpliwość i silnie ją spoliczkował. Zatoczyła się, złapała torebkę i w poszukiwaniu syna, z rozmachem otworzyła drzwi do mojego gabinetu, uderzając nimi dziecko. Chłopiec wstał i zaczął wrzeszczeć, niczym obdzierana ze skóry ofiara średniowiecznego wymiaru prawa. Kobieta złapała dziecko, swoją torebkę i wybiegła na korytarz, gdzie spostrzegłem już zaintrygowaną hałasem sąsiadkę w szparze drzwi mieszkania naprzeciwko. Majid wybiegł za nią, a za nim z kolei popędził ów czterdziestoletni mężczyzna, sprawca całego zamieszania. Wszyscy oczywiście, drąc się wniebogłosy. Na moje pytanie o to, co właściwie właśnie zaszło, przyjaciel odpowiedział mi, że ich sprawy rodzinne to nie moja sprawa i nie mam się wtrącać, bo i tak niczego nie zrozumiem. Pożegnał się ze mną, zapowiadając wizytę w przyszłym tygodniu. Z ulgą zamknąłem za nim drzwi. Ignorując dobiegające z dołu odgłosy sprzeczki (a najprawdopodobniej również bójki), rozejrzałem się po mieszkaniu. Fotel pod oknem zalany kakao, pokryty zlepioną sierścią pieszczocha. Obok, na stercie książek, leżący na boku kubek, z którego wyciekła resztka płynu, plamiąc okładkę jednej z nich. I wielka, psia kupa pod biurkiem, zaraz obok sterty trocin i tytoniu, która jeszcze dziś przed południem była moim pudełkiem cygar. "Oni są po prostu inni", pomyślałem, zabierając się do sprzątania. "Nie wolno mi ich przecież oceniać, tolerancja to najważniejsza cecha wykształconego i cywilizowanego Europejczyka, którym jestem". Nieprawdaż? niedziela, 27 września 2009, withers
|
|